poniedziałek, 14 września 2015

21: Nie bez winy.

Dzięki Bogu, nie miałem większych problemów z sytuacją w pokoju, który nauczyciele przydzielili mnie i Saylent. Plusem było także to, że dziewczyna nie miała żadnych szczególnych wymagań, poza "Szanowaniem jej przestrzeni osobistej", której tak właściwie to za wiele nie było, biorąc pod wzgląd nasze 15 metrów kwadratowych + łazienka.
Eh...żyje się tylko raz, w końcu to tylko tydzień...Szansa na wydarzenie się czegoś nieprawdopodobnego moim zdaniem była niewielka, albo przynajmniej tak mi się wydawało. Grunt, że do tej pory nic bardziej się nie pokomplikowało.
Warunki pogodowe były dziś wręcz idealne, dlatego zamiast zagrzewać miejsce w pokoju postanowiłem przejść się do tutejszej wypożyczalni sprzętu wodnego. Nie zapominając o karnecie uczniowskim wypożyczyłem jeden ze skuterów, po czym udałem się na trap, gdzie odcumowałem wybrany przez siebie sprzęt. Po dokładnym sprawdzeniu stanu technicznego, a miałem na tym punkcie niezłego bzika, usiadłem za kierownicą, odpaliłem silnik i wypłynąłem na zatokę, pozwalając się nieść bezkresnym falom. Tak...to było jedno z najbardziej zajebistych uczuć,jakie można sobie wyobrazić. Słońce, wiatr, krople wody, rozpryskujące się na twarzy pod wpływem prędkości...i dlaczego nie kochać tu życia. Będąc w stanie doświadczyć tego na własnej skórze, doskonale rozumiałem zamiłowane mojego taty tego typu dyscyplinami. Dawały o wiele więcej, niż zwykła adrenalina.
Zatrzymałem się blisko brzegu, beztrosko przyglądając się grającym w siatkówkę plażową chłopakom i dziewczynom, wylegującym się na leżakach. Gdy w oddali spostrzegłem moją ekipę postanowiłem odstawić skuter, po czym dołączyłem do Michaela i Luke'a, którzy stali obok przebieralni.
-Hej. Co jest?-zagaiłem, widząc jak dyskutują o czymś, próbując powstrzymać śmiech. Spojrzałem na nich zdziwiony. Michael na szczęście postanowił przedstawić mi sytuację.
-A nic nic...Calum i Blondi gdzieś się ulotnili, a Julia bezskutecznie usiłuje zmusić Say do założenia bikini. Oh, co tam się dzieje...-złapał się za głowę, niczym aktor w teatrze.
-Miejmy nadzieję, że się nie...
-NIGDZIE W TYM NIE WYJDĘ!-znajomy krzyk dobiegł zza drzwi jednej kabin, na co całą trójką zesztywnieliśmy, spoglądając w tamtym kierunku.
-A WŁAŚNIE ŻE WYJDZIESZ! TO NIE KLASZTOR DLA CNOTLIWYCH ZAKONNIC!
-WOLĘ BYĆ ZAKONNICĄ,NIŻ WYGLĄDAĆ JAK LACHOCIĄG!
-PRZESTAŃ PIEPRZYĆ I WYŁAŹ!-kiedy drzwi kabiny otworzyły się z hukiem Julia wyskoczyła na zewnątrz, spoglądając na nas błagalnie.
-Pomóżcie! Ona jest jakaś nadludzka!-sapnęła, próbując złapać oddech. Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć Clifford wystąpił do przodu, zmierzając w stronę kabiny.
-No cóż, nie mam wyjścia. Wybacz Say, to dla twojego dobra.-odparł, wchodząc do środka, skąd po chwili zaczęły dobiegać krzyki.
-MICHAEL! PRZESTAŃ!...EJ..PUSZCZAJ MNIE! CLIFFORD!
Po nietrwającej zbyt długo szarpaninie Michael wyszedł na zewnątrz, niosąc dziewczynę, okładającą go pięściami po plecach, którą po chwili postawił na ziemi.
Jezu Przenajświętszy...
Poczułem, jak moje gardło zaciska się co raz mocniej, kiedy widok Saylent, ubranej w czarne, zawiązywane bikini przesłonił mi oczy, uniemożliwiając odbieranie jakichkolwiek zewnętrznych bodźców.
Naturalna, ciemniejsza karnacja, pełny biust, w większości zakryty czarnym materiałem, zaokrąglone biodra, z długimi, smukłymi nogami...
Do tego wyraźnie zarysowane mięśnie brzucha...Musiała sporo trenować...
Oszałamiająco, to mało powiedziane...przede mną stało 175 centymetrów czystego seksu!
Na dodatek..CHOLERA JASNA.
Zesztywniałem, odruchowo zerkając na swoje shorty. Pięknie, jeszcze tego mi brakowało!
Muszę się ulotnić, zanim ktokolwiek zauważy.
-Jak się już napatrzeliście, to ja idę się przebrać.-dziewczyna mruknęła, próbując wrócić do kabiny, jednak ramię Michaela powstrzymało ją przed tym. Widziałem w tym doskonałą sposobność do ewakuowania się.
Kiedy reszta była zajęta powstrzymaniem brunetki ja bezgłośnie czmychnąłem do hotelu, niezauważalnie przebiegając przez hol. Kiedy upewniłem się, że nikogo nie ma w pobliżu powoli ruszyłem do pokoju, w którym zamknąłem się na cztery spusty. Bezsilnie opadłem na łóżko, zatapiając twarz w olbrzymiej poduszce.
Jestem beznadziejny...kompletnie beznadziejny...
Zachowuję się jak dzieciak, zagubiony w najbardziej gęstej ze wszystkich mgieł. Z resztą...kogo ja oszukuję...wystarczająco bardzo skrzywdziłem Saylent, żeby móc mieć teraz u niej jakiekolwiek szanse. Zupełnie nie miałem pojęcia dlaczego tamtego dnia powiedziałem jej,że to koniec. Co mną wtedy kierowało? Czego się bałem?
To jest tak śmieszne, że aż tragiczne! Podniecić się na widok swojej byłej, która dodatkowo jest najbardziej poszukiwanym przestępcą w kraju? Chyba tylko taki kretyn, jak Ashton Irwin-czyli ja-potrafi tego dokonać.
Przewróciłem się na plecy, zatrzymując wzrok na śnieżnobiałym suficie. Po dłuższej chwili sięgnąłem po leżący na szafce telefon, w celu sprawdzenia aktualnej godziny.
Dochodziła siedemnasta. Kolacja będzie dopiero o 19:00, więc zostały mi dwie godziny czekania. Świetnie... nie ma to jak dobrowolne zanudzanie się na śmierć.
Sam tego chciałeś, więc teraz nie narzekaj, cieniasie.
Spadaj.
Opadłem ponownie na śnieżnobiałą pościel, zakładając ręce za głowę.
Trzeba sobie jakoś radzić.
Zamknąłem oczy, a nim się zorientowałem, odpłynąłem do krainy snów.
***
Moją beztroską drzemkę przerwał dźwięk przekręcanego w zamku klucza, a następnie ciche skrzypienie otwieranych drzwi.
Nadal nie otwierając oczu wsłuchiwałem się w stawiane przez postać kroki, które w pewnej chwili ucichły całkowicie. Chciałem uchylić powieki i sprawdzić co się dzieje, jednak kiedy poczułem dłoń na swoich włosach, ten pomysł natychmiastowo uleciał z mojej głowy.
Od samego początku wiedziałem, że to ona. Tylko jedna osoba na świecie przeczesywała moje włosy w ten sposób...i ku mojemu zaskoczeniu z biegiem czasu ani odrobinkę się to nie zmieniło. Przyjemne mrowienie zaczęło rozchodzić się po całym moim ciele z każdym ruchem jej zgrabnej dłoni, która nieprzerwanie mierzwiła poskręcane kosmyki. Ledwo powstrzymywałem się, aby nie zamruczeć z przyjemności. Z drugiej strony był to bardzo niespodziewany gest.
-Czy gdy nie śpisz...jesteś tak samo spokojny, jak teraz?-jej cichy szept usłyszałem tuż obok ucha.-Sprowadziłam na ciebie tyle kłopotów...Może faktycznie dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane.
Wstrzymałem na chwilę oddech, próbując się zastanowić nad jej słowami.
Czy ona próbuje mi, znaczy nieświadomemu mnie, jej zdaniem, powiedzieć, że cała zaistniała sytuacja jest w całości jej winą? Przecież to JA zgodziłem się na tę pieprzoną umowę! JA zaryzykowałem i poszedłem do tamtego klubu, JA postanowiłem wyjść na spacer, kiedy mnie i Janet zaczepili tamci gangsterzy!
Gówno mnie obchodziło, czy była seryjną morderczynią, czy nie...nadal jest człowiekiem, który nosi na swych barkach stanowczo zbyt wielkie brzemię. Jest dla mnie najważniejsza, jest...
-Moją...nadzieją...-znieruchomiała, natychmiast zaprzestając poprzednich czynności, kiedy te dwa opuściły bezpieczną przestrzeń moich myśli. Wewnątrz karciłem się za ten bezmyślny czyn, jednak gdy poczułem, jak zabiera rękę, 
po raz kolejny bez namysłu chwyciłem ją za nadgarstek, przewracając na plecy tak, że sam znalazłem się nad nią, swoim zamglonym od snu spojrzeniem wpatrując się w jej oczy, przepełnione strachem i zaskoczeniem.
Nie tego chciałem. Nie miałem zamiaru jej przestraszyć, ale...ale...
-Musisz zrozumieć...że to wszystko...nie jest twoją winą. Ja też za to odpowiadam...ja też...-wydusiłem z siebie półszeptem, dalej spoglądając w jej zielono-brązowe tęczówki, zupełnie jak zahipnotyzowany. Ona natomiast nie poruszyła się ani milimetr, za to spoglądała na mnie już ze znacznie spokojniejszym wyrazem twarzy. Delikatnie przygryzła dolną wargę, powoli ściągając brwi.
-Gdyby moje życie potoczyło się zupełnie innym torem, nie miałabym żadnych zaprzeczeń, co do twojej tezy. Niestety jest zupełnie inaczej, niż bym chciała.
-Jednak to nie jest powód, aby całą winą obarczać ciebie!
-Nie znasz mojego życia, więc się nie wtrącaj.
-Więc może nadszedł czas, abym w końcu je poznał?-odparłem, po raz kolejny obserwując jej zaskoczenie.-Powiedziałaś, że należą mi się wyjaśnienia, dlatego teraz się ich domagam.
Po mojej wypowiedzi odwróciła głowę w stronę okna, pozostawiając moje pytanie bez odpowiedzi. Próbowała uniknąć tematu? Niestety, nie wychodziło jej to najlepiej.
-Spójrz na mnie.-nachyliłem się nad nią mocniej, odwracając jej twarz w moim kierunku, jednak nadal unikała kontaktu wzrokowego.
-Nie chcę...daj mi już święty spokój, zanim będę zmuszona do użycia siły.
-Nie, dopóki na mnie nie spojrzysz.
-Powiedziałam że...-nie dokończyła, ponieważ przerwałem, zatykając jej usta długim, głębokim pocałunkiem.
Ogarnęło nas uczucie...wielkiej nostalgii.

czwartek, 6 sierpnia 2015

20: Niespodzianka.

Od blisko godziny siedziałem w autokarze, z założonymi na głowę słuchawkami, próbując zasnąć, w celu nadrobienia nieprzespanych godzin. Wiadomość o przeprowadzce Janet długo po wyjściu Saylent nie mogła mi dać spokoju, tym bardziej, że Say wydawała się być zadowolona z tego obrotu spraw. Na kilometr można było czuć, że coś tutaj nie gra. Od kiedy tylko poznałem Florens widziałem, jak pała do niej szczerą niechęcią, także nie mogłem uwierzyć w tak cudowną zmianę nastawienia. Zdecydowanie musiałem przyjrzeć się tej sprawie bliżej.
Gdy moja playlista zaczęła odtwarzać Poison Alice'a Cooper'a poczułem natarczywe kopanie w tył fotela. Ściągnąłem słuchawki, z zaskoczeniem obserwując brak Michaela na sąsiednim fotelu, lecz to w tej chwili nie było najważniejsze. Wcisnąłem głowę w szparę między fotelami, spoglądając morderczym wzrokiem na Janet i Caluma, którzy śmiali się, jak głupi do sera. To w zupełności zbiło mnie z pantałyku. Zrobiłem coś nie tak?
-Co was tak bawi?-w tym samym czasie odwrócili się w moją stronę.
-Nas? Przecież tylko się śmiejemy.-Calum odparł, klepiąc blondynkę po ramieniu. Przewróciłem oczami, wychylając się jeszcze bardziej, gdzie na samym tyle autokaru spostrzegłem Hemmingsa ze swoją dziewczyną i Clifforda, którzy również byli rozbawieni w najlepsze. Czy to była jakaś zmowa przeciwko mnie?
-Powie mi może ktoś łaskawie o co chodzi?-spiorunowałem każdego z nich wzrokiem, w pewnej chwili skupiając wzrok na Saylent, skulonej na ostatnim siedzeniu.
-Nic nic...po prostu suchary Clifforda w jego wydaniu nabierają zupełnie innego znaczenia.-Luke wydusił przez śmiech, chowając twarz w białych włosach Julii, która kurczowo trzymała się za rozbolały od śmiechu brzuch.
-Ahaa...a ona śpi, czy co..-wskazałem skinieniem głowy na brunetkę.
-Nasza mistrzyni stała się ofiarą choroby lokomocyjnej, aż trudno w to uwierzyć. Jak widać jazda bez kierownicy nie najlepiej jej służy.-Mike wzruszył ramionami, kątem oka spoglądając na śpiącą dziewczynę.
Musiała cierpieć...szkoda, że nie mogłem jej przytulić.
Masz dziwny gust Irwin...od kiedy kręcą cię zawodowe morderczynie?
Nie chcąc odpowiadać na głupią zaczepkę mojego ego, ponownie wsunąłem słuchawki na głowę, zatracając się w rozbrzmiewającej melodii. Była mi tak bliska, a jednocześnie daleka.
I wanna love you, but I better not touch.
I wanna hold you, but my senses tell me to stop.
I wanna kiss you, but I want it to much.
I wanna taste you, but your lips are venomous poison.
You're poison running throught my veins.
***
Zabrałem swoją podręczną torbę i bluzę, a gdy upewniłem się, że nie pozostawiłem niczego skierowałem się w stronę wyjścia z opustoszałego autokaru. Po czterech godzinach jazdy moje kończyny wręcz błagały o odrobinę ruchu, dlatego pragnąłem jak najszybciej opuścić ten przeklęty pojazd i zaczerpnąć odrobinę świeżego, nadmorskiego powietrza.
Nim jednak to zrobiłem spostrzegłem Saylent, nadal skuloną na ostatnim fotelu.
Nikt jej nie obudził?-pomyślałem. Westchnąłem przeciągle, podchodząc bliżej dziewczyny, nad którą lekko się pochyliłem. Odgarnąłem kilka kosmyków z jej twarzy. Patrząc na jej uśpione oblicze przypominała mi się Say z czasów przed naszym rozstaniem...urocza, niewinna, wiecznie uśmiechnięta...
Obecny stan w przeważającej części był moją winą.
-Say...jesteśmy już na miejscu, obudź się.-delikatnie potrząsnąłem jej ramieniem sprawiając, że ziewnęła głośno, mozolnie uchylając powieki. Zacząłem się powoli odsuwać, lecz niespodziewanie przyciągnęła mnie do siebie, przylegając swoimi ustami do moich. Świat na moment zawirował mi przed oczami, lecz i to nie trwało długo, ponieważ dziewczyna oderwała się ode mnie, jak poparzona, spoglądając swym przestraszonym spojrzeniem.
-Ja przepraszam...tak nagle...już dojechaliśmy? Na prawdę nie...-przyłożyłem palec do jej ust, lekko speszony obserwując, jak jej policzki pokryły się różowym odcieniem. To był na prawdę niespodziewany gest, jednak gdybym miał taką możliwość, powtórzyłbym to jeszcze raz...i jeszcze...
-Nic się nie stało, może już chodźmy, wszyscy wyszli.-odparłem, pomagając jej wstać. Po chwili udało nam się opuścić autokar, gdzie pierwszym, co rzuciło mi się w oczy, była olbrzymia plaża, ciągnąca się wzdłuż całego kurortu. Musiałem przyznać, w tym roku się postarali, jeśli chodzi o lokum.
-Hej! Nie będę targać tej torby.-odwróciłem się za siebie, gdzie ujrzałem brunetkę, trzymającą moją, jak i swoją torbę podróżną. Podszedłem bliżej, spokojnie ją odbierając i kładąc na ziemi, ponownie skupiając uwagę na tych hipnotyzujących, pozbawionych emocji oczach.
To było na prawdę niezwykłe zjawisko. Dziewczyna, która w jednej chwili wydawała się najbardziej zakłopotaną osobą na świecie, w ułamku sekundy zmieniała nastawienie, przybierając bezuczuciową maskę. I tak w kółko, jak w niekończącej się pętli. Saylent nigdy nie była mi obojętna, pomimo wszystkiego, czego w swym życiu się dopuściła. Wiedziałem, że muszę poznać przyczynę tych stanów emocjonalnych, inaczej nigdy nie uda mi się poznać prawdziwego sensu istnienia Huntera.
Potrzebowałem planu, dopieszczonej taktyki, która pozwoli mi działać, bez konieczności narażania innych.
-Ej...jeszcze nigdy nie widziałam, żeby ktoś się tak zawiesił.-potrząsnąłem głową zdezorientowany, kiedy głos dziewczyny wyrwał mnie z zamyślenia.
-Ja? Ten...wybacz, zamyśliłem się.-Podrapałem się nerwowo po karku, na co dziewczyna wykręciła oczami, opierając rękę na biodrze.
-Jasne, tylko następnym razem tak nie odlatuj, nie wiadomo co się może zdarzyć.
-Co masz na myśli?
-Nie przyjechałam tutaj tylko dla odpoczynku. W tym rejonie przebywa ktoś, z kim mam niezakończone porachunki. Nie pytaj dlaczego, później ci o wszystkim powiem.
Podniosłem swoją torbę z ziemi, nieprzerwanie przyglądając się dziewczynie badawczo.
Eh...nawet tutaj...
-Dobrze, chodźmy już.
Bez słowa ruszyliśmy w kierunku wejścia do hotelu. Weszliśmy kamiennymi schodami na taras, by następnie przejść przez wielkie, szklane drzwi, z napisem RECEPCJA. W środku dostrzegliśmy naszych opiekunów, głośno dyskutujących o czymś z blond włosą recepcjonistką. Popatrzyliśmy po sobie pytająco, podchodząc bliżej pana Raymonda i pani Clarens-naszej nauczycielki historii.
-To musi być ewidentnie jakaś pomyłka. Na liście mamy 48 uczniów, a w jedenastu pokojach mieści się tylko 46 osób, czyżby...
-Ymm..przepraszam, panie Raymont.-przerwałem wypowiedź nauczyciela, który odwrócił się, spoglądając na nas z ulgą.
-No tak...pan Irwin i panna Igenins..gdzie się podziewaliście?
-Saylent zasnęła w autokarze, zostałem, żeby ją obudzić.-odparłem, spoglądając kątem oka na dziewczynę, która przytaknęła, potwierdzając moje słowa.
-No dobrze...skoro już mamy komplet pora was zakwaterować.
-Proszę pana, myślę, że z tym może być mały problem. -całą czwórką spojrzeliśmy na recepcjonistkę, która wzrok utkwiony miała w jakimś zeszycie.
-O co chodzi?
-Pozostał nam tylko jeden pokój dwuosobowy, cała reszta jest już pozajmowana.-odparła, kartkując poszczególne strony, nawet nie spoglądając w naszą stronę.
ŻE CO?!
-Ale jak to możliwe, przecież...
-Proszę wybaczyć, ale rezerwacja złożona została na 48 osób + 3 opiekunów i kierowca, nie mogę wyrzucić z pokoju innych lokatorów, aby znaleźć miejsce dla tej dwójki. Z resztą to są niemalże dorośli ludzie, powinni państwo im zaufać.-Blondynka uśmiechnęła się do nas życzliwie.
Nie miałem pojęcia co powiedzieć w takiej sytuacji. Miałem spędzić dokładnie sześć nocy sam na sam w jednym pokoju z Saylent? Z jednej strony to bardzo kusząca perspektywa, jednak jeśli reszta się dowie nie dadzą nam spokoju, lub co gorsza-nie będziemy mieli życia przez długi, długi czas.
Spojrzałem z ukosa na dziewczynę, szukając u niej jakichkolwiek oznak zaskoczenia, lecz nadal stała w miejscu, absolutnie niewzruszona.
~Nie pomagasz...~
-Szkolne zasady normalnie by na to nie pozwalały, ale Tom, nie mamy wyjścia. To mądrzy młodzi ludzie, nie możemy ich cały czas traktować, jak dzieci.-pani Clarens odwróciła się naszą stronę, podobnie jak pan Raymont. Co z tego wyniknie?
Przyglądał nam się przez dłuższą chwilę, by następnie westchnąć żałośnie.
-Już niech będzie...zgadzacie się na ten układ?
-Oczywiście. Jestem czujna i umiem się bronić.-uśmiechnąłem się na odpowiedź Say, samemu kiwając głową na znak zgody.
Po ustaleniu kilku zasad z naszym wychowawcą odebraliśmy klucz do pokoju, opatrzony numerem 42. Bez słowa wdrapaliśmy się po schodach na najwyższe piętro, konkretniej mówiąc na same poddasze-a to oznaczało, że od pozostałej części wycieczki dzieliło nas jedno piętro. Po przejściu przez szeroki, wyłożony terakotą korytarz dotarliśmy do drzwi, bez zastanowienia przekręcając kluczyk w zamku. Bez pośpiechu zerknąłem na Say. Zapowiadał się na prawdę ciekawy tydzień.

niedziela, 12 lipca 2015

19: Trafna diagnoza.

-Wiesz...jakoś nie jestem przekonany do tego pomysłu.-powiedziałem niepewnie, cały czas przyglądając się Hemmingsowi, który zafascynowany rysował na tablicy coś w rodzaju niezrozumiałego schematu. Czy to ma być jakiś szyfr? Albo Luke faktycznie został nocą zaatakowany przez kosmitów.
-Wątpisz we mnie? We MNIE?! Zarwałem całą noc, żeby to wszystko przygotować! Nie masz pojęcia jakich środków musiałem użyć, żeby przełożyć randkę z Julią!-blondyn spojrzał na mnie przerażonym wzrokiem, na co westchnąłem zrezygnowany.
-Jestem wdzięczny za twoje poświęcenie, ale mówiąc "Pomożesz mi z Saylent?" miałem na myśli jakąś poradę, a nie schemat godny taktyki bojowej II wojny światowej.
-Ehh...może najpierw wysłuchasz, co mam do powiedzenia, a potem przedstawisz swoje uwagi, jasne?
-No dobrze, streszczaj się...
-Panie Irwin...Halo! Czy szanowny kolega mnie słyszy?-oderwałem się od bezmyślnego wpatrywania w blat biurka, spoglądając na pana Raymonda, który gromił mnie wzrokiem, jednocześnie stukając długopisem o dziennik.
-Tak?
-Nie mam już dzisiaj na pana siły, więc następnym razem porozmawiamy na ten temat. A teraz wracając do sedna, skoro już wszyscy mnie słuchają, dzisiaj na ostatniej lekcji przedstawiony zostanie regulamin wycieczki, a także lista potrzebnych, obowiązkowych rzeczy, które musicie spakować. Oczywiście nie wspomnę o zakazie spożywania alkoholu i innych środków odurzających, bo doskonale wiecie czym ich posiadanie dla was grozi.-Zakończył swój monolog, przesuwając spojrzeniem po całej klasie, zatrzymując je na wyraźnie zainteresowanej czymś innym Saylent.
-No dobrze, skoro już wszystko omówiliśmy macie teraz czas wolny. Nie zapomnijcie stawić się na jutrzejszą zbiórkę nie później, jak o 5:50.-powiedział,po chwili dodając.-Panno Igenins i Florens, możecie zostać na chwilę po dzwonku? Chciałbym z wami porozmawiać.-Spojrzałem jednocześnie zaskoczony i zaintrygowany na dziewczyny, które odpowiedziały twierdząco na prośbę nauczyciela.
Ciekawe czego mógł od nich chcieć...może niebawem się dowiem.
***
-Wszystko już przygotowane! Zapasy podzieliliśmy równo na dwa autokary, umówiliśmy się z chłopakami od informatyki, żeby mieli sprzęt w gotowości, teraz pozostaje tylko znaleźć się już na miejscu.-Calum zaczął wymieniać, podrygując w miejscu całkowicie podekscytowany jutrzejszym wyjazdem. W sumie podzielałem jego entuzjazm. Całe siedem dni, spędzone na dobrej zabawie, organizowanych po kryjomu imprezach, nieprzespanych nocach i wielu innych głupotach, na które w zwykłych, szkolnych warunkach nie mogliśmy sobie pozwolić. Dodatkowym plusem był fakt, iż będziemy przebywać w nadmorskim kurorcie. Już nie pamiętam kiedy ostatnio miałem okazję porządnie poserfować. Bardzo mi tego brakowało.
-Nie napalaj się na zapas koleś, jeszcze coś wykrakasz, a wtedy z wszystkiego nici.-Jak zwykle przesądny Michael musiał dorzucić swoje trzy grosze, które skutecznie ugasiły bruneta.
-Przestańcie już, nie mamy na to czasu. Pamiętacie, że musimy jeszcze wskoczyć do Say, a potem do Irwina?-Hemmings zarzucił torbę na ramię, spoglądając na chłopaków, którzy kiwnęli twierdząco głowami.
-No dobra, to kto dzisiaj prowadzi?
-Ja mogę.-Odparłem, odbierając od Caluma kluczyki do czarnego Range Rovera. Formalnie samochód należał do niego, jednak każdy z nas miał jakiś wkład przy jego utrzymaniu,dlatego uznaliśmy, że tak będzie najsprawiedliwiej. Nie zmienia to jednak faktu, iż sam chciałbym posiadać taki pojazd do osobistego użytku. Może kiedyś moje życzenie się spełni.
Wyszliśmy na parking, szybko odnajdując samochód, do którego wgramoliliśmy się, po dłuższej chwili wzajemnych przepychanek. Przekręciłem klucz w stacyjce, sprawnie uruchamiając silnik. Po przełączeniu biegów wyjechałem na ulicę, kierując się w stronę domu wcześniej wspomnianej dziewczyny.
-Aaash...coś taki zamyślony?-odruchowo cofnąłem się w bok, słysząc tuż przy uchu przedrzeźniający głos Clifforda, który szczerzył się, jakby przeglądał nowe wydanie Playboya.
-Czego?-skrzywiłem się,widząc w lusterku wstecznym równie denerwujące miny Hemmingsa i Hooda. Coś mi tutaj zdecydowanie śmierdziało, przy czym nie miałem na myśli torby treningowej Michaela, do której smrodu już dawno zdołałem się przyzwyczaić.
-Doktorze Hood, co pan myśli o tym przypadku?-ponownie zerknąłem na Luke'a,szturchającego Caluma w ramię.
Co to ma być?
-Doktorze Hemmings, diagnoza jest jednoznaczna...
-Syndrom zagubionego księcia.-Clifford dokończył, śmiejąc się przy tym głupkowato. Zjechałem gwałtownie na pobocze, spoglądając na nich nadzwyczaj poważnie. Jak zwykle wybrali najniewłaściwszy czas, sposób i miejsce, aby rozpatrywać moje życiowe problemy. Boże, uwielbiałem tych ludzi...ale dlaczego wciąż musieli mi to robić?! I nawet Hemmings? To normalnie zdrada stanu!
-Sami jesteście jednym, wielkim syndromem.-fuknąłem, mocno zaciskając ręce na kierownicy.
-Wykazujesz typowe objawy: Depresja porozstaniowa,totalne
ignorowanie obiektu wcześniejszych westchnień, kolejne załamanie życiowe, decyzja o ponownej walce...
-Przestańcie.
Miałem ogromną ochotę wykrzyczeć im prosto w twarz, aby przestali się wpierdalać w moje problemy, jednak wiedziałem,że tymi słowami mogłem wyrządzić jeszcze więcej szkód.
-Ash, jesteśmy jak bracia, zawsze będziemy z tobą, nieważne w jak głębokie bagno się wpakujesz. Jeśli na prawdę ci na niej zależy, nie zwlekaj dłużej. Będzie ciężko przebić się przez mur, który wokół siebie zbudowała, ale jestem pewien, że dasz radę.-Hemmings klepnął mnie w ramię, obdarzając tym samym pocieszającym wyrazem twarzy. Spojrzałem dokładnie na całą trójkę. Taa...jedyni i niepowtarzalni...
-Też tak myślę.-odparłem, ponownie odpalając silnik.-Ale teraz już jedźmy, mamy jeszcze trochę do zrobienia.
***
Po zapakowaniu wszystkich bagaży do samochodu Caluma pożegnałem się z chłopakami, a następnie doczłapałem się do salonu, rozkładając się na wygodnej kanapie. Ojciec zabrał dzisiaj mamę na kolację, a brat nocował u kolegi, więc mogłem w samotności nacieszyć się błogą ciszą i spokojem. Zamknąłem oczy, biorąc głęboki wdech. Czasem miałem wrażenie, że taki stan mógłby trwać wieczność. Przyjemnie...
Niespecjalnie chciało mi się też myśleć o problemach, choć było to wyjątkowo trudne, zważając na panujące okoliczności. Saylent Igenins była największą zagadka mojego życia, kto wie, czy nie tylko mojego, biorąc pod uwagę fakt, iż nie tylko ja znałem jej sekret. Poskładanie klucza, którym będę mógł otworzyć wrota jej tajemnicy, będzie niezwykle trudnym zadaniem.
To jak walka z ogniem i wodą w jednej osobie. Raz potrafi bez skrupułów zabić na moich oczach, a raz zachować się jak bezbronne dziecko, szukające pomocy. Nie wiedziałem, czy ta zmienność charakteru spowodowana była jej podwójnym życiem, czy tak faktycznie było od początku, jednak wiedziałem,że musiałem znać prawdę. Jej rodzina, Monty i Janet. Tylko oni byli w stanie mi pomóc. Zwłaszcza Florens. I to od niej powinienem zacząć.
Mój spokój został niespodziewanie zmącony przez dźwięk, dobiegający z piętra. Otworzyłem oczy, wytężając słuch, lecz nie udało mi się zarejestrować nic, poza wcześniejszą ciszą. Mogłem to najzwyczajniej w świecie zignorować, jednak przeświadczenie, iż to nie był zwykły przypadek w tej chwili było najsilniejsze. Powoli zwlokłem się z kanapy, na palcach podążając w kierunku schodów, po których dyskretnie wdrapałem się na górę. Po kolei zajrzałem do łazienki, pokoju gościnnego i sypialni brata, jednak nie znalazłem niczego niepokojącego. Pozostało tylko jedno miejsce.
Mój pokój.
Stanąłem przed drzwiami, ostrożnie zaciskając dłoń na klamce. Może niepotrzebnie zachowywałem się jak histeryk, jednak co mogłem poradzić. Jeśli tak dalej pójdzie, w niedalekiej przyszłości zacznę się bać własnego cienia.
Raz kozie śmierć. Najwyżej zostanę poćwiartowany.
Gwałtownie otworzyłem drzwi na oścież, w pierwszej kolejności spostrzegając otwarte okno, a następnie postać, rozłożoną na moim łóżku.
Że co proszę?
-Co ty tutaj robisz?-wszedłem w głąb
pokoju, spoglądając już znacznie bardziej uspokojony na Saylent, która przyglądała mi się spod pół otwartych powiek. Doprawdy, kiedyś zwariuję z tą kobietą.
-Nudziło mi się. Poza tym nie chciałam przesiedzieć całego wieczoru sama.
-I dlatego postanowiłaś włamać się do mojego domu? No proszę...nie masz dzisiaj nikogo na celowniku?
-Odpuść sobie, dobrze?-podniosła się, spoglądając na mnie zirytowana.
-Eh...no dobrze, nie będę się czepiał, chyba że odpowiesz na moje pytanie.-Odparłem, ostrożnie siadając na łóżku.
-O co chodzi?-Dziewczyna spojrzała na mnie zaciekawiona.
-Czego chciał dzisiaj od was Raymond? Aż się zdziwiłem, kiedy poprosił akurat ciebie i Janet.
Zauważyłem jej chwilowe zaskoczenie, a następnie spokój, wstępujący na jej twarz. Musiałem przyznać, maskowanie uczuć wychodziło jej co raz lepiej, chociaż i tak wyraźnie odczuwałem, że próbuje się wstrzymać przed odpowiedzeniem na moje pytanie.
-Janet...-zaczęła niepewnie-...chce cię tutaj przeprowadzić na stałe.

czwartek, 18 czerwca 2015

18: Zrozumienie.

Miejsce, do którego postanowiła mnie zaprowadzić, znajdowało się na ostatnim piętrze, w najmniej uczęszczanym ze wszystkich, zachodnim skrzydle. Od kiedy rozbudowano budynek większość znajdujących się tu pracowni przeniesiono do nowo wybudowanych sal, przez co ów miejsce zaczęło pełnić rolę "drugiej piwnicy".
Nie zdziwił mnie fakt, iż wybrała tą lokalizację, gdyż sam wolałbym porozmawiać z daleka od zasięgu czyjegoś wzroku.
W dalszym ciągu mocno zaciskając dłoń na moim nadgarstku doprowadziła nas przed niewielkie, lecz solidne i uszczelnione drzwi.
Dawna siedziba szkolnej rozgłośni radiowej...
Spokojnie obserwowałem, jak wyciąga z kieszeni klucz, za pomocą którego otworzyła drzwi, wprowadzając nas do środka. Po odnalezieniu włącznika światła zamknęła je za nami , po czym rzuciła plecak na ziemię i rozsiadła się w jednym z foteli.
Jak na moje oko to pomieszczenie było zbyt zadbane, a fakt, iż posiadała do niego klucz świadczyć mógł, że przebywa tu o wiele częściej, niż zdaję sobie sprawę.
-Będziesz tak sterczał, czy może usiądziesz?-zapytała po chwili ciszy, mierząc mnie pytającym spojrzeniem. Odłożyłem plecak na podłogę, następnie zajmując drugi z trzech wolnych foteli.
-Często tu przebywasz?- zapytałem, chcąc w jakiś sposób rozpocząć nasz dialog.
-To moja samotnia. Przesiaduję tu, gdy potrzebuję coś przemyśleć, bądź poukładać. Klucz dorobiłam sobie na początku zeszłego roku. Z kanciapy woźnego, przy odpowiednim podejściu wszystko idzie zwinąć.-odparła, błądząc wzrokiem po ścianach, co nakłoniło mnie do tej samej czynności. Moją uwagę przykuła wisząca na przeciwległej ścianie tablica, podziurawiona z każdej, możliwej strony.
-A to?-wskazałem na ścianę, uważnie przyglądając się, jak spogląda na mnie z przenikliwym uśmiechem, następnie podchodząc do tablicy, na którą przyczepiła wcześniej wyciągniętą fotografię nieznanego mi mężczyzny, pokazywanego ostatnimi czasy w mediach. Wróciła na miejsce, przyglądając mi się z uwagą.
Przełknąłem ślinę, nie wiedząc co jej działania mogą symbolizować.
-To, tak się składa, pomaga mi zapanować nad emocjami.- Niespodziewanie wyciągnęła zza paska pistolet, który po przeładowaniu wycelowała w stronę fotografii.-A od kiedy pojawiłeś się w moim życiu, co raz częściej jestem zmuszana, aby z tego korzystać.-Powiedziała, po czym oddała serię trzech strzałów, trafiając prosto w głowę, serce i brzuch mężczyzny.
Zerwałem się z miejsca, wyrywając jej broń z ręki.
-Oszalałaś?! Przecież jesteśmy...
-Ściany, sufit i podłoga są dźwiękoszczelne, kretynie. Myślisz, że ryzykowałabym w tak idiotyczny sposób?
Oddałem pistolet, z powrotem siadając na fotel, pod wpływem jej karcącego spojrzenia.
-Dobra, umówmy się tak:Ja będę zadawać pytania, a ty na nie odpowiesz, ok? Chcę już mieć to wszystko za sobą.
-Jasne.-machnęła ręką, dając mi znak, abym zaczynał.
-No dobrze. A więc, jak długo się...tym zajmujesz?
-Od dziecka byłam wychowywana do tej roli. Samodzielnie działać zaczęłam dopiero od niedawna.
Od dziecka? Jak tak w ogóle można?!
-Dlaczego zabijasz tylko przestępców?
-Każdy z nich zabił w swoim życiu więcej ludzi, niż ja. Pozbywając się ich wyświadczam światu przysługę.
-Skąd bierzesz informacje o ich pobycie?
-Mam dostęp do jednej z wojskowych satelit, policyjnej bazy danych i posiadam dobrych informatorów.
-A więc Francuzik to też twoja wtyczka?
-Tak. Montyego znam od wielu lat, jeszcze nigdy mnie nie zawiódł.
Oparłem się wygodnie, uważnie przysłuchując się jej prostym, treściwym odpowiedziom. Spokój i stoicyzm, z jakim się wyrażała sprawiał, że choć ciarki przechodziły mi po plecach,siedziałem na swoim miejscu, niczym zaklęte drzewo.
Ukrywała to wszystko przede mną od tylu lat...Jak mogłem nie zauważyć niczego podejrzanego?
***
-Ashton,znowu to robisz.-wyrwany ze świata własnych myśli spojrzałem na Luke'a, którego nietęgi wyraz twarzy wyraźnie oznajmiał mi, że po raz kolejny odpłynąłem w świat osobistych przemyśleń. Włożyłem pod głowę jeszcze jedną poduszkę, spoglądając przepraszająco na przyjaciela, lecz ten jedynie westchnął, sięgając po kolejne piwo.
-No co?-zapytałem. On jedynie spojrzał na mnie kątem oka, upijając kilka łyków z otwartej butelki.
-Kiedy tak na ciebie teraz patrzę, w ogóle nie żałuję słów, które wtedy wypowiedziałem. Dlaczego oboje nie pozwolicie sobie pomóc? Zdajecie sobie sprawę jak ja, Julia, Mike i Calum musimy się czuć, widząc was w takiej sytuacji?
-Nie rozumiesz tego...i wybacz mi Luke, ale nie zrozumiesz...
-Dlaczego niby miałbym...
-Bo to ja spieprzyłem całą sprawę, jasne?!-zerwałem się gwałtownie z łóżka, podchodząc do zasłoniętego roletą okna.-Przeze mnie przeszła cały ten koszmar! Przeze mnie stała się...kimś takim! Znieczuliłem ją na życie...
-Czy ty siebie słyszysz?! Ona sama pozwoliła na ten stan rzeczy, wmawianie sobie winy tylko doszczętnie cię niszczy!-odwróciłem się w stronę przyjaciela, bacznie obserwując jego strapiony wyraz twarzy.
Choć z trudem powstrzymywałem się, ukrywanie prawdy o Saylent z dnia na dzień stawało się co raz trudniejsze. Jakby gorzej być nie mogło, Luke i reszta potrafią czytać ze mnie, jak z otwartej księgi. Kwestią czasu jest, jak zaczną węszyć. Nie mogłem do tego dopuścić, dlatego najrozsądniejszą decyzją, moim zdaniem, było przekierowanie ich zainteresowania na bardziej racjonalny tor. Co do tej kwestii nie miałem absolutnie żadnych zastrzeżeń. Pomimo prawdy, która spłynęła na mnie tak niespodziewanie, nadal byłem pewny swoich uczuć.
-Luke...mam do ciebie prośbę.-blondyn spojrzał na mnie pytająco, odkładając zaczęte piwo na szafkę.
-O co chodzi?
-Uderz mnie.-powiedziałem stanowczo. Hemmings spojrzał na mnie, jak na ostatniego kretyna.
-Wybacz, że zapytam, ale czy ostatnimi czasy coś ci przypierdoliło w łeb? Zaraz, przecież już raz ode mnie dostałeś...
-Ja mówię całkiem poważnie.
-Jasne! Poważnie mnie prosisz, żebym ci przyjebał, może zaraz jeszcze zapytasz, czy cię pobiję do nieprzytomności...
-Wystarczy!-krzyknąłem, jednym susem podbiegając do niego, po czym wymierzyłem cios prosto w brzuch. Hemmings jęknął, odsuwając się do tyłu, następnie spoglądając na mnie z niedowierzaniem.
Co ty odwalasz?! Uderzyłeś najlepszego kumpla!!!!
-A więc tak pogrywasz Irwin? Twój egoizm...jest obrzydliwy!-w jednej chwili znalazł się przede mną, oddając mój wcześniejszy atak. Zgiąłem się w pół, uderzając plecami o ścianę. Chłopak podszedł bliżej, podciągając mnie do góry za kraniec koszulki. -Cokolwiek mi teraz powiesz, wiedz, że mam to wszystko głęboko w dupie!-Wymierzył mi kolejny cios, tym razem prosto w szczękę. Spojrzałem na niego porozumiewawczo, ignorując pieczenie, rozchodzące się po mojej twarzy. W końcu chciałem tego, teraz nie miałem odwrotu. Znając Luke'a od tylu lat wiedziałem, że zaczynanie z nim nie kończy się na wymianie kilku wulgarnych zdań.
-Nie mam zamiaru z niczego się tłumaczyć!-próbowałem odepchnąć go do tyłu, lecz niespodziewanie chwycił mnie za rękę, ciągnąc za sobą na dół. Leniwa z początku wymiana ciosów przerodziła się w niekontrolowaną bijatykę, w której żaden z nas nie miał zamiaru ustąpić, a wręcz przeciwnie, z każdą sekundą nasze ciosy przybierały na sile. W chwili, w której przeturlaliśmy się przez cały pokój, uderzając o moje biurko, z którego zrzuciliśmy wszystkie rzeczy, Hemmings puścił mnie, przez co wylądowaliśmy plackiem jeden obok drugiego. Zamknąłem oczy, wsłuchując się w ciszę, przerywaną naszym głośnym sapaniem.
-Dzie...dzięki. I przepraszam.-wydusiłem z trudem, odwracając głowę w jego stronę.
-Jesteś... nienormalny Irwin. Z chęcią bym ci jeszcze raz przyłożył, ale nie mam siły się ruszyć. Zużyłem wszystko na twoją idiotyczną osobę.-odparł nadal lekko rozzłoszczonym tonem, wykrzywiając przy tym twarz w niezadowolonym grymasie.
Westchnąłem ciężko, ponownie przymykając oczy. Może nie byłem wzorem idealnego przyjaciela, a nawet bardzo wiele mi do niego brakuje, ale w duchu dziękowałem Bogu, że postawił na mojej ścieżce Hemmingsa i całą resztę. Nawet jeśli nie mogłem im wyjawić męczącej mnie tajemnicy,czułem wsparcie, które z każdym dniem starali się mi ofiarować. Długo mógłbym wymieniać, jednak sama ich obecność sprawiała, że nie czułem pustki, która od tak dawna mi doskwierała.
-Wiem...jestem kretynem.
-Eh...jeśli na prawdę winisz się z powodu Say, zrób wszystko, aby naprawić to, co spaprałeś.
-Tylko...jak?-chłopak powoli podniósł się do siadu, spoglądając na mnie z uśmiechem.
-Wymyślisz coś. W końcu ją kochasz, prawda?
Wziąłem głęboki oddech, z uśmiechem na ustach spoglądając w sufit.
-Jak cholera.

sobota, 13 czerwca 2015

17: Nowe reguły gry.

-Jesteś totalnie popieprzony, żeby w takim stanie przychodzić do szkoły.-burknęła niezadowolona, kiedy przechodząc obok kantorków dostrzegła mnie, samej siedząc na dachu jednego z nich.
-Sama stwierdziłaś, że to nic poważnego, z resztą co miałem powiedzieć matce? I tak była wystarczająco zdziwiona na wieść, że nocuję u ciebie.-odparłem z wyrzutem, poprawiając pasek plecaka, który tak na dobrą sprawę uwierał mnie w najbardziej irytujący ze wszystkich innych sposobów.
Po niespodziewanym telefonie od Caluma, który już nie raz pokazał do czego jest zdolny po pijaku oczekiwałem, że uda nam się dokończyć wcześniejszą rozmowę, bądź finalnie wyjaśnić kilka spraw. Niestety, jak na złość Saylent postanowiła mi to uniemożliwić, woląc ulotnić się z pokoju już w trakcie mojej rozmowy z Hoodem. Nawet jeśli jeszcze kilkakrotnie było nam dane się zobaczyć ani ja, ani ona nie pokwapiliśmy się, aby rozwiać męczące mnie sporne kwestie.
-Eh...rób co chcesz, tylko potem nie żałuj własnej głupoty.-odparła, sprawnie zeskakując z dachu, lądując niespełna półtora metra przed moją twarzą. Zilustrowałem dokładnie jej dzisiejszy strój, składający się z czarnej, poszarpanej na rękawach koszulki z nadrukiem Rise Against, dżinsowych shortów, czerwonych trampek i tego samego koloru bandany, zawiązanej na szyi. Musiałem przyznać, że wyglądała wyjątkowo pociągająco.
~I co Irwin? Żal dupę ściska?~
~Spieprzaj, nikt cię o zdanie nie pytał!~
~Jestem tobą,tak łatwo się mnie nie pozbędziesz.~
~Oh,zamknij się w końcu.~
-A ty co się tak gapisz?-jej głos wybudził mnie z zamyślenia, na co potrząsnąłem głową rozkojarzony, spotykając się z jej skołowanym wyrazem twarzy. Nie widząc żadnej innej reakcji z mojej strony ruszyła przed siebie, kierując się w stronę zachodniego skrzydła.
-Saylent!-w ostatniej chwili złapałem ją za rękę, na co odwróciła się energicznie, gromiąc mnie złowieszczym wzrokiem.
A wczoraj prawie mi się na rękach wypłakała...Ahh..te kobiety...
-O co chodzi?-wysyczała przez zaciśnięte zęby, z trudem wyszarpując rękę z mojego uścisku.
-Musimy porozmawiać. Należą mi się jakieś wyjaśnienia.
-Teraz, jak widzisz, idę na lekcje, więc porozmawiamy na ten temat później.-odparła już spokojniej, lecz zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć kontynuowała.-Rozumiem, że trudno jest ci to wszystko zrozumieć, ale uwierz, że i mnie nie jest łatwo. Ufam ci, bo wiem, że dochowasz mojej tajemnicy bez względu na wszystko, dlatego wierzę, że i ty możesz zaufać mi. Po prostu znajdź w sobie odrobinę więcej cierpliwości.
***
-Stary, możemy pogadać?-odwróciłem wzrok od automatu z napojami, spoglądając na Caluma, który opierając się o ścianę wyraźnie zakłopotany torturował puszkę Sprite'a. Wyprostowałem się, wlepiając w niego zaintrygowane spojrzenie, przy czym rozum mi podpowiadał, że chodzi o coś na prawdę ważnego, gdyż Hood nigdy nie zachowywał się w ten sposób. Powiedziałbym,że dla niego to wręcz nienaturalne.
-No jasne, tylko o co chodzi?
-W sumie to nic takiego, nawet nie wiem, czy mamy tyle czasu..
-Jest początek drugiej przerwy na lunch, mamy przecież mnóstwo czasu.- stwierdziłem, patrząc na niego jeszcze bardziej podejrzliwie, niż wcześniej. Z pewnością coś było nie tak.
-Dobrze. W takim razie mam do ciebie pytanie.
-No to słucham.-oparłem się ramieniem o ścianę obok niego, z zaskoczeniem obserwując, jak wykrzywia twarz w najdziwniejsze grymasy, głośno przełykając ślinę.
-No ten,jakby to ująć...Wiem,że to nie mój interes i w ogóle...ale co myślisz o Janet?-zapytał niezdecydowany,wlepiając wzrok w czubki swoich tenisówek.
Spojrzałem na niego zaskoczony, jednocześnie odkopując w głębi pamięci wszystkie momenty, związane z byłą, blond-włosą przyjaciółką Say. Jednak musiałem przyznać, że wbrew mojej reakcji spodziewałem się czegoś podobnego.
-Janet? Prawie jej nie znam, ale wydaje się być w porządku.
-Tak myślisz? No...te kilka dni bardzo nas do siebie zbliżyło, w ogóle nie miałem pojęcia, że nadal istnieją dziewczyny, które tak jak ja wyjadają nadzienie z pączków łyżeczką! Ewenement po prostu!
-Wykrztuś to w końcu z siebie kretynie! Przerabialiśmy już temat twojego fetyszu.
-To nie fetysz, tylko upodobanie żywieniowe.-fuknął z obrazą, krzyżując ze sobą ręce.
Westchnąłem zniecierpliwiony, odgarniając z czoła kilka frywolnych kosmyków, spoglądając przy tym na przyjaciela z miną, szukającą jakiegokolwiek punktu zaczepienia.
W jednej chwili niekontrolowany uśmiech wkradł się na moją twarz, kiedy podświadomość zaczęła podpowiadać mi czym jest prawdziwy motyw działania Hood'a. Przybliżyłem się o krok, z cwaniackim uśmiechem spoglądając prosto w jego zmieszane oczy.
-Puk puk.-Brunet spojrzał na mnie, jak na idiotę.
-Ee...ktooo tam?
-Kupidyn, twój tyłek przeszedł kolizję z jego strzałą .-odparłem, ledwo mogąc powstrzymać się od wybuchnięcia śmiechem.
-Pojebało cię Irwin?! Za dużo się nawdychałeś spalin?!
-Już nie udawaj takiego idioty, tylko powiedz jak masz zamiar ją wyrwać.
Przez chwilę spoglądał na mnie zaskoczony, następnie pociągając z puszki spory łyk, po czym spojrzał na mnie, nie ukrywając swojej porażki.
-Aż tak bardzo to widać?
-Stary, od początku było widać, że wpadła ci w oko, ty jej z resztą też.
-Wpadła w oko? To mało powiedziane! Zabawna, spontaniczna, dziewczęca, ale nie boi się nowych wyzwań! Ktoś tak niezwykły,ktoś taki...
-Kto?-Obaj zamarliśmy, słysząc znajomy głos.Odwróciliśmy się za siebie,dostrzegając Janet, wpatrującą się w nas z zaciekawieniem. Nie wiedzieć czemu czułem się, jakbym został przyłapany co najmniej na ściąganiu podczas klasówki.
-A nic! Rozmawialiśmy tylko o...
-Mojej babci!-brunet wypalił niespodziewanie, lecz na szczęście powstrzymałem się od zbędnego komentarza.
-Twojej babci?-zapytała zaintrygowana, podchodząc do Caluma, który zaskoczony jej nagłą bliskością lekko cofnął się do tyłu.
Co ty wyprawiasz frajerze?
-A no...bo...moja babcia była kiedyś zawodową zapaśniczką! I do tego robi najlepsze na świecie kanapki z pieczonym mięsem! Musisz kiedyś spróbować! Ale ostrzegam, poprzestanie na jednej graniczy chyba z cudem!
Serio Calum? Chcesz ją wyrwać na tekst o babci?! Gratuluję pomysłowości.
-Brzmi zachęcająco.-odparła, uśmiechając się promiennie.-Ale wiesz co, przypomniało mi się coś ważnego, chodź ze mną! Do zobaczenia Ash!-chwyciła bruneta za rękę, po czym pociągnęła go w stronę zakrętu, nie pozostawiając mi ani chwili na pożegnanie się.
-Ten koleś nie wie w co się pakuje.-odwróciłem się gwałtownie do tyłu, spoglądając wystraszony na wpatrującą się w głębię korytarza Saylent.
-Jezu, chcesz, żebym zawału dostał?!-położyłem zdrową rękę po stronie serca, spoglądając na nią z mordem w oczach. Przeniosła wzrok wyżej, spoglądając na mnie spojrzeniem, całkowicie pozbawionym emocji. Aż skręcało mnie na myśl, że kiedyś nigdy nie spoglądałaby na mnie w ten sposób.
- Stałam tu od dłuższego czasu, dopiero kiedy tamta...nie ważne jaka, mnie nie zauważyła i nie uciekła z Calem siedziałam cicho.
-Wiesz, twoje tajemnicze talenty czasami mnie przerażają. Zwłaszcza w praktyce.
-Jeśli nie przywykniesz, to kiedyś na prawdę dostaniesz tego "zawału". Ale teraz to najmniej ważne. Idziesz ze mną.-mocno chwyciła mnie za rękę, uważając przy tym na moją ranę. W prawdzie prawie nie odczuwałem bólu, co w całości było jej zasługą, ale w duchu byłem wdzięczny, że mimo wszystko dbała o mnie w ten sposób.
-Gdzie mnie znowu ciągniesz?
-Chciałeś wyjaśnień, co nie? Wszystkie klasy mają teraz apel, więc mam sporo czasu, aby zaspokoić twoją ciekawość.
Triumfalny uśmiech zagościł na mojej twarzy.
Bez żadnego słowa pozwoliłem się prowadzić.